Sezon ogórkowy w pełni. Idealny czas na opowieść o dwóch elementarzach, które przedwojenna prasa zmieszała z błotem. Czy słusznie? Zapraszam do lektury!
Współczesny podręcznik do nauki pisania i czytania jest nijaki. Nie wywołuje dyskusji i kontrowersji. Ale przed wojną… o panie, wtedy to dopiero były elementarze. A jakie wzbudzały emocje!
Od przybytku głowa… boli

Od pewnego czasu polskie dzieci uczą się pisać z jednego zalecanego przez MEN elementarza – tak było przez większość lat powojennych. Zupełnie inaczej sytuacja przedstawiała się w dwudziestoleciu międzywojennym.
Kiedy po pierwszej wojnie światowej Polska odzyskała niepodległość, przed szkolnictwem stanęło trudne zadanie zintegrowania trzech różnych systemów edukacji z trzech zaborów. Trzeba było także ujednolicić elementarze. Początkowo korzystano ze starych, nierzadko jeszcze dziewiętnastowiecznych, których było w obiegu około dwudziestu. Problem w tym, że uczyły one metodami przestarzałymi, zawierały nieaktualne informacje i zostały napisane archaicznym językiem.
Zabrano się zatem za opracowanie nowych – do wybuchu II wojny światowej powstało ich mniej więcej 30. Wydawać by się mogło, że tak duża liczba podręczników to zaleta, bo jest większy wybór. W praktyce jednak, jak żalił się jeden z nauczycieli w czasopiśmie „Praca Szkolna”, bierze [się] pierwszy lepszy podręcznik, który jak się później okazuje nie nadaje się ani dla środowiska, ani dla poziomu uczniów. Aby dobrze poznać podręcznik, powinno się z nim pracować przynajmniej przez jeden rok szkolny. Cóż z tego jednak, kiedy z nowym rokiem nauczyciel dostaje polecenie już to od kierownictwa, już to z inspektoratu – wprowadzenia nowego, jakoby lepszego.
Elementarze różniły się poziomem, cenami i dopasowaniem treści do środowiska (nie wszystkie ustępy nadają się na wieś i nie wszystkie do miasta). Proponowały różne wzory pisma elementarzowego – większość wzorowała się na prostym kroju wprowadzonym przez Mariana Falskiego, ale były i takie, które kazały pierwszoklasistom pisać skomplikowaną kursywą angielską.
Cymbał i wariat

Przedwojenna prasa nie patyczkowała się, kiedy trzeba było kogoś skrytykować. Wariatem, cymbałem i „nałogowym zwolennikiem świętej pamięci caratu” nazwano autora wydanego w 1925 roku podręcznika dla pierwszaków o nazwie Elementarz obrazkowy. Początkowa nauka czytania i pisania, ukrytego pod pseudonimem Tadeusz W. Postanowił on prawdopodobnie pójść na łatwiznę i wydać po lekkiej przeróbce stary elementarz, wydany jeszcze pod zaborami. Zapomniał jednak uaktualnić informacje, co doprowadziło do białej gorączki dziennikarzy. Jak z przekąsem zauważono w jednej z gazet, Tadeusz W. przespał zmartwychwstanie Polski i uszczęśliwić chciał arcydziełem pedagogicznem pt. „Elementarz obrazkowy” najmłodsze pokolenie Warszawy. W elementarzu tym znalazł się tego rodzaju kwiatek: „Królestwo Polskie znajduje się w Europie i składa się z dziesięciu guberni”.
25 tysięcy egzemplarzy (!) wydrukowanego już podręcznika skonfiskował komisariat rządu na miasto Warszawę, a autor miał być pociągnięty do odpowiedzialności karnej. Jak przypuszczam, nie został jednak surowo ukarany, bo elementarz miał jeszcze dwa wydania, w 1928 i 1935 roku (mam nadzieję, po poprawkach).

Był to, dodam na marginesie, podręcznik słaby merytorycznie, korzystający z bardzo już wtedy przestarzałej metody nauczania (dźwiękowej Estkowskiego). Tak więc wypada tu chyba pogratulować autorowi przezorności i ukrycia się pod pseudonimem. Znając bowiem ówczesne zwyczaje prasowe nie tylko zostałby publicznie zmieszany z błotem, ale podano by w artykułach jego dokładny adres.
Powyrywać kartki!

Julii Szanser Najłatwiejszy elementarz metodą poglądowo-wyrazową wydano w roku 1910 i wznowiono w 1911. Podręcznik ten jest edytorsko dobrze opracowany: czcionka spora i czytelna, układ graficzny przejrzysty. Proponowane pismo elementarzowe także oceniam pozytywnie, jest nieudziwnione i wygląda na starannie nakreślone, ale codzienne pismo samej Szanser. W swojej monografii Elementarze polskie od ich XVI-wiecznych początków do II wojny światowej Franciszek Pilarczyk uznał go wręcz za jeden z lepszych wydanych w XX wieku.
Niestety, za życia autorki podręcznik nie spotkał się z tak życzliwą oceną. Przeciwnie, krytyczne wzmianki w prasie można uznać niemal za nagonkę. Jeden z recenzentów napisał, że to, co autorka mówi we wstępie o metodach, a szczególnie o swej własnej wyrazowo poglądowej (!?) jest tak błędne i bałamutne, że przeczytać nie warto. Zdaniem mojem należałoby z elementarza p. Szanserówny najpierw powydzierać lub zamazać czarną farbą wskazówki, bo w takim dopiero stanie nie wyrządzi szkód (…) P. Szanserówna wprowadza „nowości” od paruset lat znane w dziejach elementarza, a od lat kilkudziesięciu zarzucone stanowczo, jako niepraktyczne i śmieszne. Szczególnie skrytykował opis litery m w Najłatwiejszym elementarzu: pierwsza kreska tej litery to jakby mama, która ma dwoje dzieci; jedno trzyma się mamy, a drugie tamtego dziecka. Ustawić troje dzieci tak, aby się nawzajem siebie trzymały, opierając ręce na ramionach. Nazwa litery: mmy.
Szanserówna bynajmniej nie przełknęła niskiej oceny swojego dzieła bez sprzeciwu. Broniła się podkreślając, że jest nauczycielem-praktykiem i opisy dostosowała do percepcji siedmiolatków. Przypomniała zalecenia Promyka, który radził nauczycielom, by zwracali uwagę uczniów na podobieństwa liter do znanych im przedmiotów. Niestety, jej odpowiedź jedynie rozsierdziła recenzenta, gazetowa dyskusja ciągnęła się przez kilka miesięcy. Trzeba jednak przyznać, że krytyk spuścił nieco z tonu i zmienił styl pisania na kulturalniejszy.

Nie była to bynajmniej jedyna tak krytyczna recenzja. W innych czasopismach podręcznik Szanser nazywano skazanym na zbutwienie, autorce zarzucano pobicie rekordu naiwności, treść uznano za przewyższającą swą niedorzecznością wszystko, cokolwiek od XVI-go wieku zrobiono na tem polu. Agresja zaiste zadziwiająca i wydaje się, że nie przypadkowa. Zmasowany atak zniechęcił autorkę pechowego elementarza, nie pisała już podręczników – wróciła do pracy pedagogicznej.

