Strona główna » BULLET JOURNAL I SPÓŁKA. ZOBACZ MOJE NOTESY!

BULLET JOURNAL I SPÓŁKA. ZOBACZ MOJE NOTESY!

sierysuje.pl bujo bullet journal notesy

Większość moich Czytelników ma – podobnie jak ja – raczej za dużo niż za mało notesów. Kupujemy je impulsywnie, bo są ładne, bo trafiła się okazja, bo… tak. I cóż potem z nimi począć?

Notesy kupuję, dostaję do testowania od producentów albo w prezencie od ludzi, którzy wiedzą, że je uwielbiam. Leżą na półce czy je wykorzystuję?

Życie w jednym zeszycie?

sięrysuje.pl bullet journal notes do wszystkiego

Całe swoje życie ogarniać przy pomocy jednego jedynego notatnika – czyż to nie brzmi kusząco? Taki przecież był zamysł twórcy Bullet Journala, Rydera Carrolla: pozbyć się tych wszystkich karteluszków, notesów, na wpół zapisanych kalendarzy!

W ten sposób planowałam przez ponad rok. Miałam jeden notatnik, który łączył funkcje kalendarza i planera, pamiętnika, zbioru list wszelakich (czyli tak zwanych kolekcji), a do tego był kolorowym art journalem pełnym rysunków i ozdobnych napisów. Po pewnym czasie ten miszmasz zaczął mi działać na nerwy. Ciągłe wertowanie Bullet Journala irytowało mnie i drażniło, zamiast ułatwiać mi życie.

Wymyśliłam sobie wtedy hybrydę, czyli rozbiłam BuJo na:

System ten stosuję do dziś i bardzo polecam, bo jestem z niego naprawdę zadowolona.

I co ja pocznę z tymi wszystkimi notatnikami?

W tak zwanym międzyczasie zaczęłam robić na blogu Wielkie Testy Notesów. Moja kolekcja notatników bardzo się w związku z tym powiększyła. Większość z nich jest naprawdę fajna i szkoda byłoby je skazywać na dożywocie w jakiejś szufladzie.

Wszystkie te śliczne notesy sukcesywnie zużywam. Nie oszczędzam, nie boję się zapisywać, nie szkoda mi. A do czego je wykorzystuję? Już pokazuję!

Notesy do tego i do owego

sierysuje.pl bullet journal bujo notesy notatniki
Nic się u mnie nie marnuje! Zapisuję notatniki, bruliony, kajety, notesy, zeszyty i stare kalendarze

Na zdjęciu powyżej widzisz część (!) notesów, które na co dzień wykorzystuję. Mam dość szerokie zainteresowania (nawet bloguję na trzy tematy!), a na dodatek co jakiś czas odkrywam coś nowego, czego się chcę nauczyć, co chcę poznać i co absolutnie trzeba zanotować.

Tak było na przykład z rosyjskim. Uczyłam się go w szkole przez 8 lat, ale po maturze straciłam z tym językiem kontakt. Czasem wzdychałam, że szkoda, bo melodyjny i literatura taka piękna, ale jakoś nie było okazji, by się nim posługiwać. Aż tu nagle się okazało, że rosyjskie rysowniczki nie tylko są bardzo zdolne, ale na dodatek lubią dzielić się wiedzą. Zaczęłam oglądać ich kursy i webinary, podczytywać blogi, ale źle się czułam komunikując się z nimi po angielsku. Bo przecież teoretycznie znałam ich język. Postanowiłam zatem odświeżyć sobie rosyjski – najwygodniej było robić to w osobnym notesie. Założyłam więc zeszyt do rosyjskiego.

Ale gdzie robić notatki z tych rosyjskich kursów? Przecież nie tam, gdzie ćwiczę słówka. Powstał więc notes do kursów i webinarów. Notatniki mnożą się jak króliki, żegnaj szczytna ideo Rydera Carrolla!

Lepiej mieć jeden zeszyt czy fafdziesiąt?

No cóż, teoretycznie chyba lepiej mieć jeden zeszyt. I są osoby, które naprawdę mają jedno BuJo do wszystkiego. Szczerze je podziwiam.

Ja mam biurko zawalone notesami i półkę pełną notesów. Ryder załamuje ręce, ale ja nie narzekam – tak mi wygodnie. Przecież moje życie zmieniło się od pierwszego Bullet Journala. Ruszył blog, założyłam grupę facebookową, zaczęłam na poważnie rysować i kaligrafować, a także prowadzić warsztaty. Moje pasje powoli zaczęły się stawać moją pracą. Nie bardzo sobie wyobrażam realizację tak wielu projektów w jednym miejscu. Oczywiście w moim Głównym BuJo mam na wszystko oko. Tam rozliczam samą siebie z pracy, tam jest moje centrum zarządzania.

A Ty masz jeden notes do wszystkiego czy dużo, dużo notesów?

Udostępnij:

20 komentarzy

    • Agata
      Agata pisze:

      Ponieważ one bardzo przebijają, są dwa wyjścia: albo rysować na co drugiej kartce grubszego notesu, ja używam Leuchtturm1917 Sketchbook (i jeszcze dodatkowo coś podkładać pod spód, bo marker potrafi przebić przez 2-3 kartki) albo kupić specjalny blog do markerów, są zarówno takie jak bloki rysunkowe (z wyrywanymi kartkami) jak i „książkowe”, np. Derwent (w twardej okładce) albo SMLT (na spirali).

      Pozdrawiam

  1. A ja naprawdę myślałam, że tylko ja na to cierpię 😀 Na szczęście nie jestem sama 😉 Tak prawdę mówiąc chyba jestem źle zorganizowana, bo nie mam oddzielnej półki na moje notesy – każdy umiejscowił się gdzieś w domowej przestrzeni. Te których aktualnie używam trzymam pod ręką (to jest w biurkowym bałaganie), zaś resztę wrzucam na półki, do szufladek, przeróżnych segregatorów czy jakiś pudełek. Jedną jedyną wspólną cechą każdego mojego notesu jest to, że ma swój oddzielny cel i przeznaczenie, nawet jeśli zapełniony został tylko na stronie tytułowej 😉 Pozdrawiam!

    • Agata
      Agata pisze:

      Haha, no ja pisząc tego posta trochę się bałam reakcji Czytelników, ale okazało się, że nie jest to takie rzadkie zjawisko. Jedno, co mam na swoją obronę to, że naprawdę ich tyle używam i zapisuję.

      U mnie też większość przewala się po biurku 😉
      Pozdrawiam!

  2. Aga pisze:

    Wow, trochę zazdroszczę, że sprawdza się u Ciebie prowadzenie tylu notesów na raz, mniejsze wyrzuty sumienia, gdy przychodzi kolejny do kolekcji 🙂
    Ja próbowałam najpierw wszystkiego w bujo, potem wyodrębniłam segregator z kolekcjami (co było naiwnym optymizmem, bo ja przecież nie cierpię segregatorów :D), potem zaczęłam robić okładki a la Travelers Notebook i wpadłam w szał tematycznych zeszytów: rozwojowe, kolekcje, notatki, brudnopis, cały osobny TN na odchudzanie (zeszyt z dziennikiem posiłków, z treningami, z postępami…). Z tego wszystkiego zachowałam tylko bujo, zeszyt z kolekcjami i TN „terapeutyczny”, w którym prowadzę notatki i zadania z psychoterapii, pamiętnik itp. Całą reszta to był przerost formy nad treścią – dla mnie w mojej obecnej sytuacji.
    To genialne, jak bardzo się różnimy w planerowej społeczności, każdy robi to, co i jak mu pasuje, a nadal jest to wspólna pasja <3

    • Agata
      Agata pisze:

      Pod względem wyrzutów sumienia co do ilości notesów to może mam lepiej, ale od założeń, które miałam decydując się na Bullet Journal odeszłam dość daleko. Ale tak jak napisałam, ciężko by mi było niektóre sprawy upchnąć w bujo. Kiedy wpisywałam wszystko jak leci (jak radzi Ryder), denerwował mnie ten bałagan i ciągłe zaglądanie do indeksu.

      I masz oczywiście rację, ten system jest cudowny, bo można go tak bardzo pod siebie spersonalizować 🙂

      Pozdrawiam!

    • Agata
      Agata pisze:

      No właśnie dochodzą mnie głosy, że za mało pokazałam, więc chyba napiszę jeszcze jeden tekst o moich notesach i je dokładniej pokażę 😉

  3. Perse pisze:

    Miałam już parę podejść do bujo, teraz zebrałam się po raz kolejny, ale niestety bardzo zawiódł mnie zeszyt który wybrałam 🙁 Liczyłam na to, że Fabriano się trochę lepiej obroni, ale niestety. Kartki wypadają przy zwykłym przerzucaniu ich, pióro się rozlewa, niektóre cienkopisy też (nie wiem od czego to zależy, bo mam cały komplet – jedne się rozlewają, inne nie). Jedyny plus to bardzo subtelne i ciaśniej niż zwykle rozmieszczone kropki. Chyba dobrnę w nim do grudnia i na święta sprezentuję sobie jeden z tych które testowałaś od Devangari.

    • Agata
      Agata pisze:

      Nie znam tego notesu, ale z tego co piszesz wygląda na to, że ma klejone (a nie szyte) kartki, a takie niestety nie sprawdzą się przy tak częstym użytkowaniu, prędzej czy później powypadają…

      Z Devangari powinnaś być bardziej zadowolona, także pod względem jakości papieru 🙂 Powstają wciąż nowe ulepszone wersje, jest też teraz kilka formatów do wyboru.

      Pozdrawiam!

  4. Agnieszka pisze:

    Och! Zobaczyłam szkicownik Stillman and Birn. Wiele o tych szkicownikach czytałam i chętnie bym któryś wypróbowała, ale zeta (na zdjęciu) ma chyba cienkie kartki. Czy można gdzieś w Warszawie dostać szkicownik tej firmy? Lubię najpierw dotknąć i obejrzeć na żywo, zanim zdecyduję się kupić. A co do notesów, to ja raczej skupiam się na szkicownikach. Mam duże formaty do ogrodu, mniejsze do torebki, podróżne z obowiązkowym zestawem akwareli i waterbrushem. I zawsze kilka pustych w zapasie 🙂

    • Agata
      Agata pisze:

      Ten mój Stillman&Birn ma 270 g i naprawdę dobrze sobie radzi z akwarelami, bardzo go lubię. Wygrałam go kilka lat temu na niemieckim blogu, wydaje mi się, że Polsce jeszcze ich nie ma. A szkoda, bo mają mnóstwo wariantów, formatów i fajny papier.

      Pozdrawiam!

  5. Agata pisze:

    Idea BuJo mnie również urzekła. I, niestety, poległam. Mam jeden (zbyt mały!) kalendarz (zapisuję w nim filmy, książki, klasówki dziecka, wyjazdy na zastępstwa na filie biblioteczne, etc, ), zeszyt „pracowy”, zeszyt z wydatkami, które skrupulatnie liczę, pamiętnik, oczywiście zeszyty do ćwiczeń pisma, no i notesik do słówek, słówek angielskich oraz z telefonami.
    Z kalendarza jestem niezadowolona, bo mam bardzo mało miejsca i wrócę do rysowanych tygodniówek w większym zeszycie, który będzie również zeszytem na wydatki i pamiętnikiem.

    • Agata
      Agata pisze:

      Castelli. Pisałam właśnie, ze nie mam na niego na razie pomysłu, a na zdjęciu są notesy zagospodarowane. Pustych to mam oddzielną półkę, hehe.

      Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.